niedziela, 26 kwietnia 2015

po ranach

W niedzielę rano każdy głos
Brzmi jakoś inaczej
Pościel jest mokra od potu
I chyba czegoś jeszcze

Ostatnio pognieciona chusteczka
Jest trochę za daleko
Trochę boli tyłek
I nie ma czym oddychać

Słońce zabija dziś jak zawsze
Coś zostało zgubione
Pod śmierdzącą szmatą
Upodlenia

Skoro nie może być gorzej
To czemu mi odmawiasz
Pozwól mi się łudzić
Że mogę polepszyć świat

Przecież ktoś w końcu musi
Powiedzieć że będzie łatwo
Że jest coś poza trwogą
I nie roztopimy się w nikim

Krzyczę przez nieśmiałe wersy
Żebyś nie słyszał bo
Po co chcieć czegoś więcej
To tylko kilka słów

niedziela, 12 kwietnia 2015

Ściernisko

Od kiedy niebo jest zielone
Brak na nim chmur
Brak księżyca
Brak słońca?

Jest naprawdę pusto
Bo czymże jest samotne powietrze
W którym nie ma już smoków
Tylko umarłe atomy

Gdzieś pomiędzy pomiędzy tlenem i azotem
W szczelinie między kartami książki
Pod kubkiem herbaty
Obok łóżka

Materializuje się coś
Jeszcze nie mam pojęcia co to
Ale instynktownie wyczuwam
Powoli mnie to zabija

Czy można zapłakać się na śmierć?

niedziela, 5 kwietnia 2015

retardacja

powoli ulatują bąbelki
dymi pognieciony niedopałek
chmury leniwie wędrują po niebie
nawet dyfuzja zachodzi jakoś słabiej

krew płynie przez ciało mimo że serce jakoś nie chce
nie jestem nawet pewna czy nadal tam jest
ta klatka chyba była nieszczelna bo
gdzieś jakoś uciekło

jeśli było jakieś natchnienie wena
wypłynęło przez nieszczelne okna
a może to była probówka
w której sztucznie trzymałam inspiracje

świat wokół jest taki papierowy
głupio dąży do kompletnej apokalipsy
ohydnie zasadza się wszystko co ważne
jakby chciał odebrać mi co kocham

ktoś kiedyś okłamał mnie że będzie dobrze
wcale tak nie jest jest po prostu normalnie
czy przestało mi to wystarczać
czy powoli jest coraz gorzej

a może po prostu pragnę za dużo
taka już sucza pazerna natura
przecież jest do perfidii cudownie
póki ciemno i nieprzytomnie